statystyka
architektura+dialog
środa, 17 października 2007
znikanie miejsc (cd.)


Znikanie miejsc w Gdańsku i Budapeszcie.

tekst i foto: Agnieszka Qla Majkowska

cz. 2 - Gdańsk.

Gdańsk jest dla mnie miastem oswojonym. Wrzeszcz, nie ten główny, ale ten ”za torami”, gdzie kanały rozpruwają kamienice, ulice łączą się ze sobą okrągłymi placykami, a zagłębienia w murach są oznaką mijającego czasu i łuszczące się tynki, tak jak czasem w Budapeszcie, spadają na głowę. Dzielnicę tworzą wąskie, brukowane uliczki, do których przyklejone są małe, ceglane domki z ogródkami przed frontami. Tuż obok graniczy z nimi ruchliwa ulica, której jedną ścianę buduje szpaler wysokich drzew, a za nim duże, ustawione równolegle do ulicy kalenicowe, budynki mieszkalne. Ich partery są wyższe niż reszta pięter, wypełnione masą sklepików, sklepów, zakładów – jedne mają współczesne witryny, oklejone reklamami pepsi, inne są zakurzone i jakby nieużywane. Niewiele tam nowej architektury. Nieprzeciętność tych przestrzeni leży być może w ich spójności, w łagodnych zmianach skali budynków, w charakterystycznej eleganckiej różnorodności. Znikanie w tym miejscu wydaje się niemal naturalne. Miasto ewoluuje, zmieniają się ludzie, jednak przestrzeń jest gotowa na przyjęcie podobnych zmian, zachowuje swoje nastroje, właśnie dzięki spójności.


W Gdańsku jest też Wyspa Spichrzów, gdzie samotne ruiny, otulone bujnymi krzewami, wydają się nie potrzebować niczego, powoli znikają z miasta. Wyspa już teraz jest pustą plamą na jego turystycznej mapie. Jednak właśnie ta sytuacja nie pozwala o niej zapomnieć. Jej fenomen – niezamieszkanie, wyobcowanie na tle ruchliwych uliczek Starówki - buduje napięcie, które przyciąga. Wyspa dumnie nosi na sobie ruiny ogromnych spichlerzy, w sobie - pokłady spalonego ziarna przykrytego warstwą cegieł z budynków. Kiedy Wyspa patrzy na delikatne miasto po drugiej stronie Motławy, wyobrażam sobie, jak silnie musi odczuwać swoją inność. Niewielkie kamienice, ustawione szczytami do ulic, które wyginają się, by zrobić miejsce kościołom i placom, tłumy ludzi, sklepy z bursztynami i kolorowe balony, na to codziennie patrzy Wyspa.

Wyspa jest miejscem, które znika. Zarasta drzewami i krzakami. Wyspę zalewa woda, gromadząca się we wnętrznościach spichlerzy. Wyspa ma swoich mieszkańców – żaby, mewy i gołębie. Znika z niej niegdysiejsze miasto, zabierane, anektowane dziś po kawałku przez naturę.

Ale znikanie Wyspy od znikania Budapesztu różni przerażająca perspektywa nagłej „zagłady”. Plany zagospodarowania tego miejsca, których realizacja coraz bardziej się ostatnio urzeczywistnia, diametralnie zmienią Wyspę i to w sposób brutalny. Wyspa zniknie, zaanektowana tym razem przez Nowe: blask stali i szkła, które nie będą się malowniczo zmieniać wraz z upływem czasu. Jednak blask ten może okazać się chwilowy, adekwatny aktualnym oczekiwaniom inwestorów, które za kilka lat z pewnością ulegną zmianie, podyktowanej zmianami trendów i „topowych” rozwiązań. Wtedy blask zblednie, ale nie przemieni się w elegancką szarość, pozostanie rozpacz przestrzeni okaleczonych i niechcianych.

Budapeszt wydaje się znikać naturalnie – czas i życie miasta eksplorują jego potencjał, budynki szarzeją od spalin, bywają odnawiane w sposób, naruszający ich autentyczny charakter. Nie zniknie sam Budapeszt, zmianom ulegnie jego nastrój. Budapeszt znika też z pamięci, zostaje obraz, który przyciąga. Miasto, rozwijając się, rozbudowując, gotowe do przyjęcia nowych inwestycji, zmienia swój wizerunek. Zmieni się też pokolenie, które tu mieszka, zmieni sie epoka i obowiązujące trendy, to samo wydarzy się wszędzie. Marginalna pozycja Wrzeszcza, to, że nie uczestniczy w życiu Trójmiasta z intensywnością, z jaką uczestniczą w nim inne dzielnice, jest dla niego buforem bezpieczeństwa. Wrzeszcz “za torami” nie powinien być jak na razie narażony na nagłe i niechciane przemiany. Pozwolono mu korzystać ze spowolnionego procesu przenikania się nowego ze starym. Oby jak najdłużej.


Każde z tych miejsc wywołuje pragnienie, by ich znikaniu – obojętnie jak silnie byłoby ono prawomocne, naturalne – stawić opór. By znikaniu temu nadać inny wymiar niż unicestwienie, degradacja czy zapomnienie. Pragnienie to generuje koncepcje architektury, która miejsca te dopełni, która będzie „pamiętać” różne, zakorzenione tu historie, będzie je kontynuować, będzie pokorna wobec nich, a jednocześnie wartościowa i dobra.

U podstaw tej architektury leży pojęcie autentyczności, rozumianej jako wynik przemyślenia swojej własnej oryginalności, tego co wyróżnia spośród innych. Owej własnej, niepowtarzalnej historii życia, jedynego w swoim rodzaju. Trzeba tę historię przemyśleć z pełną świadomością, znaleźć ważne dla życia momenty i świadomie się do nich ustosunkować. To pozwoli określić rządzące nim ideały i wartości. Takie postrzeganie rzeczywistości niesie w sobie moc, która w dialogu z autentycznością Drugiego - innej osoby, bądź miejsca, bądź czasu - może stworzyć nową wartość, niemożliwą do osiągnięcia w samotności.

Bliskie wspomnianej koncepcji architektury, pojęcia zdefiniowane zostały przez Charles’a Taylora’a, który pisze: „ Mogę określić swoją tożsamość jedynie na tle rzeczy, które są istotne. Jeśli jednak wezmę w nawias historię, naturę, społeczeństwo, wymogi solidarności, wszystko poza tym, co odnajduję w sobie, tym samym wykluczę wszystkich kandydatów do sensowności. Tylko pod warunkiem, że żyję w świecie, w którym historia i wymogi natury, albo potrzeby moich bliźnich, albo obowiązki obywatelskie, albo głos Boży, albo jakiś inny fakt tego rodzaju ma zasadnicze znaczenie, będę w stanie samo-określić się w sposób nietrywialny. Autentyczność nie jest wrogiem wymogów, które rodzą się poza podmiotem, na odwrót: zakłada istnienie takich wymogów” (Charles Taylor, Etyka autentyczności, Kraków 2002).

Architektura, uważna wobec pojęcia autentyczności, nie ulega zmieniającym się trendom, jest głęboko zakorzeniona w tym, co spotyka, w tym, co znajduje i to właśnie nadaje jej kształt. Nie reaguje ona bowiem na powierzchowne mody, komercyjne okazje, ale na przestrzeń, w której powstaje. Reaguje na historię miejsca, historię nie tylko w rozumieniu czasowym, na historię jako zdarzenie, które nadaje miejscu obecny kształt. Architektura taka traktuje to zdarzenie (lub zdarzenia) jak rytuał – przejmuje jego znaczenie i pozwala budować kolejne warstwy tożsamości przestrzeni. Z elegancją i wyczuciem dopełnia to, co wyjątkowe, niepowtarzalne i efemeryczne. Jeśli więc uzupełnić znikające miejsca architekturą uważności i autentyczności, być może ich znikanie doprowadzi do nowej, albo do kolejnej jakości. Być może doprowadzi do kolejnych nastrojów, które będą miały swoją moc przyciągania i zapisywania się w pamięci swoimi historiami i ich kontynuacją.




Czerń to wielość ponakładanych na siebie znaków lub ich całkowity brak. Czerń to podobno nie kolor. Od lat wynoszona jest na modowe piedestały, by wraz z nadejściem kolejnego sezonu zostać okrzykniętą passè. Ona jednak uporczywie wraca. Może przyciąga głębią, a może uniwersalnością. Brak spektakularności otwiera w niej przestrzenie, oczekujące na wypełnienie, przestrzenie do namysłu. Czerń jest elegancka. Gdy jej głębia znika opalona słońcem, staje się szara – szarością Budapesztu, ruin Wyspy – szarością, która wydaje się wyjątkowa. To znikanie tonu, przekształcanie, ma ukrytą w sobie historię. Jeśli zechcemy ją odczytać, pozwoli nam odkryć niesamowitość i wyjątkowość, tego, co się wydarzyło, tego, co wokół.


Czarna postać, widoczna na tle okna, okazuje się być rzeczywiście ubrana w czarne lny. Postać buduje koszule i szyje miasta, ubiera budynki i konstruuje garnitury. To być może ktoś podobny do mistrza Yamamoto, ukrytego w swojej pracowni w ukrytym mieście. Yohji Yamamoto, japoński projektant mody, posługuje się czernią w sposób wyjątkowy. Buduje ubrania, angażując nie deseń i barwę materiału, a jego warstwowość, uzyskiwaną za pomocą złożonych cięć i szwów. Materiału, którym okręca swoich modeli, jest zwykle jakby za dużo. Konstrukcja taka nie tworzy wrażenia przepychu czy naddatku, a doskonale zaprojektowanej elegancji, która błyszczy i blask ten wydaje się trwały, żeby nie powiedzieć ponadczasowy, nie znika w ciągu jednego sezonu.


wtorek, 16 października 2007
znikanie miejsc


Oto kolejna odsłona cyklu znikanie-efemeryczność-dizajn, w którym wystąpili do tej pory Agnieszka Wołodźko>>>> i Jacek Staniszewski>>>>


Znikanie miejsc w Gdańsku i Budapeszcie.

tekst i foto: Agnieszka Qla Majkowska


Kiedy śnię historię o mieście, przechadzają się po nim postacie ubrane w stroje Yamamoto, podobne do tych, które nosiły tytułowe lalki w filmie Takeshi'ego Kitano. W tej historii postacie owinięte są tkaniną, otulone nią. Zimą mają na sobie ciepłe, grube, wełniane, zbyt duże swetry, latem - lny i bawełny w jasnych kolorach. Nieopodal skruszonej czasem, blado-kremowej kamienicy stoi betonowa ściana z niezrozumiałymi wnękami i załamaniami. Pomiędzy budynkami istnieje pewna relacja, zależność wielkości okien kamienicy i otworów w betonowej ścianie. Forma wielu budynków w tym mieście to melanż starości i nowoczesnego minimalizmu. W jednym z otworów zauważam bluszcz, który na wysokości oczu cienką szczeliną spływa do samej ziemi. „Stare” kamienice wydają się tu cieszyć swoimi bladymi kolorami. Wydają się być zadomowione, jednocześnie przychylne tym nowszym – pofałdowanym, które się ku nim zwracają. Jest wiosenne popołudnie, okna pootwierane i delikatne, tiulowe zasłony chcą się wyrwać z ram i pofrunąć.

Na ulicy w TYM mieście wyczuwalny jest zapach świeżo zaparzonej kawy. Niewielki ogródek przed jednym z domów zieleni się świeżą trawą, czerwieni pączkami tulipanów.

Wchodzę w bramę i pukam w ogromne drzwi. W środku na jasnych deskach leżą wykroje. Rozrysowane na kalce i szarym papierze szkielety przyszłych koszul, spódnic i toreb. Na tle okna, przez które wpadają promienie ostrego jeszcze słońca, widzisz czarną postać pochyloną nad ekranem komputera. Na ścianie, obok manekina z upiętą czerwoną taftą wiszą przyczepione makiety domów, pokoi i łazienek.

Miastu potrzebny był ktoś, kto by potrafił o nim napisać, zająć się jego dziejami” - twierdzi Amir Brka w “Monografii miasta” (Literatura na świecie, nr 11-12/2005). To zdanie, przeczytane naprędce, skłoniło mnie do kupienia książki, w której opisane zostało miasto, życie jego mieszkańców i ich relacje, zmienione przez wydarzenia lat 90. w byłej Jugosławii. Tekst ten uświadomił mi po raz kolejny, jak inaczej patrzymy na przestrzeń, gdy jest ona sferą naszego codziennego życia, w odróżnieniu od przestrzeni poznawanej tylko przez chwilę, odwiedzanej i opuszczanej, pożegnanej na dworcu kolejowym albo autostradzie.

Z miastem, z którym obcujemy na co dzień, oswajamy się i być może zaprzyjaźniamy. Jest ono wypełnione bliskimi nam ludźmi, znanymi ulicami i ulubionymi budynkami. Miasto, odwiedzane w podróży, znika w nas, schowane w nakładających się na siebie, posklejanych upływem czasu warstwach pamięci. Znikają wspomnienia i choć niektóre stają się bardziej wyraźne, innych już po prostu nie ma. Bywa też, że odczuwamy obawę przed zniknięciem odwiedzanych miejsc - zniknięciem rzeczywistym, bowiem pragnienie powrotu sprawi, że ich obraz w naszej wyobraźni nabierze mocnego wyrazu i właśnie takimi, nie innymi chcemy je spotkać, gdy tam powrócimy.



cz. 1 - Budapeszt.


Budapeszt to masa przestrzeni i wpisana w nią pustka. Najbardziej charakterystyczna, jednolita część miasta zamyka się w kręgach, wyznaczanych liniami tramwajowymi. Wewnętrzny krąg zawiera w sobie najpotężniejsze i najwyższe budynki. Budapeszt, obserwowany ze wzgórz Budy, jest brunatno-szary, czasem tylko błyszczy kopułami, naszpikowanymi lukarnami i zdobieniami, które jakby unoszą się nad masą miasta.


(kliknij, aby powiększyć)

Kamienice Pesztu mają 5-7 kondygnacji. Ich szerokie fasady tworzą ściany niezbyt szerokich ulic. Tam gdzie kamienice wyglądają na nowsze, świeższe, mniej dotknięte czasem, na ulicach stoi mnóstwo samochodów, tam gdzie z fasad sypie się na głowę tynk, spadają cegły, a stalowe pręty wydają się być otwartymi złamaniami budynków, samochodów nie ma w ogóle. Są za to niewielkie sklepiki, zazwyczaj na rogach ulic, w których stoi umorusany zaparzacz do kawy, a ta, podawana w malutkich szklaneczkach, ma ostry i przenikliwy smak. Ulice łatwo rozpoznawalną siatką prowadzą nas jak ramiona rozgwiazdy do placyków i placów, gdzie czasem znaleźć można kawałeczek niewielkiego parku, albo fontannę. Fasady kamienic tworzą mur, drzwi – często o wysokości ponad trzech metrów, z klamkami na wysokości niemal dwóch - nie zapraszają do wejścia. Niekiedy przez kwadratowe okienka w bramach widać niezliczoną ilość dziedzińców wewnętrznych, uciekających w perspektywie. Spacerując po Peszcie, nie uczestniczymy w życiu mieszkańców. Wszystko, co należy do nich, co codzienne, domowe, zamknięte jest za nieprzystępnymi drzwiami, a fasady – jakby napompowane wewnętrzną przestrzenią - wydają się nieprzeniknione, posępne. Nie krzyczą swoimi atutami, tworzą jednolitą, ogromną masę, która czasem wręcz przytłacza. Dopiero ze wzgórz Budy widać układ krwionośny, ożywiający masę miasta, Dunaj i mosty, które wnikają w miasto, znacząc je sznurami czerwonych i białych świateł.

Większe ulice – główne arterie Budapesztu - są zdecydowanie szersze, pełne sklepów i sklepików, ludzi popychających się w pośpiechu, wyłaniających z podziemi metra, znikających w jego korytarzach. Jednak szarość, nie - nieokreślona, a szarość – jako brak blasku, jasności, podobna do smugi dymu, ogarnia całe miasto, prowadząc przez nie i zamiast zadziwiać, usypia jednostajnością, a zarazem pobudza niepokojem, który pojawia się na myśl o jego wewnętrznym życiu. O tym, czego nie widzimy, nie zaglądając na dziedzińce, nie zachodząc do nieistniejących sklepów, po których zostały tylko szyldy na fasadach.

Wizerunek Budapesztu mógłby się wydawać nieciekawy, jednak na tym znikaniu różnic, znikaniu ulic w masie, napuchnięciu budynków, na nagłym braku oddechu przechodnia, zaatakowanego samochodowymi spalinami, zbudowany jest nastrój. Nastrój wyjątkowy. To oczekiwanie na zmianę, jednak nie – niecierpliwe, to powolne przyjmowanie czasu, to liszaj pożerający tynki, wypadanie wnętrzności i zgoda na nieuchronność, to spokój.


(kliknij, aby powiększyć)

Spacerując po Budapeszcie, przemierzając jego „ringi” na piechotę, nie - tramwajem, myślę, co się stanie, gdy wszystkie kamienice zostaną odnowione - obłożone funkcjonalną, pięciocentymetrową warstwą styropianu, lepiej zaizolowane. Fasady uduszą się pod nim, a on będzie udawał gzymsy, nadwieszenia i załamania. Styropianowe fasady z szarego zmienią odcień na kremowy, na kolor jasnego ugru i pudrowego różu. Ramy okienne będą idealne gładkie i białe, a nie - rozwarstwione odpadającą farbą, jak teraz. Mam przeczucie, że nie będzie to już to samo miasto. Ludzie zaczną żyć optymistycznie, zmniejszy się największa – w porównaniu z innymi europejskimi stolicami - liczba samobójstw i Budapeszt stanie się „trendy”, gładki i lśniący, ale pozbawiony mrocznej siły przyciągania, jaką ma teraz.


cd.następuje >>>>

wtorek, 28 sierpnia 2007
znikanie - efemeryczność - dizajn


W Wenecji – mieście, które znika, rozpoczyna się dzisiaj jeden z najbardziej prestiżowych festiwali filmowych w Europie i na świecie: 64. weneckie biennale. To festiwal specyficzny. Ceniony za odwagę werdyktów, w wyborze filmów daleki od komercyjnego blichtru, nowohoryzontowy. Oaza, kto wie, czy nie ginąca już w natłoku popularnego kina, niczym sama Wenecja raz po raz zalewana słonymi wodami Adriatyku. Dlatego nie mogło dzisiaj u nas zabraknąć refleksji, inspirowanej znikaniem: kina i miasta. Głosu udzielamy, zainteresowanej żywo podobnymi problemami, artystce i kuratorce z gdańskiej galerii ŁaźniaAGNIESZCE WOŁODŹKO, która była niegdyś gościem ar+di, a także zgodziła się wziąć udział w naszym, rozpisanym na głosy projekcie pt.:

“znikanie – efemeryczność – dizajn”

Jego pierwszą odsłonę w wykonaniu Jacka Staniszewskiego już opublikowaliśmy >>>>
Oto kolejna.


Paprocie w kinie Bajka

(tekst i ilustracje: Agnieszka Wołodźko)


Żyjący na przełomie XIX i XX wieku austriacki dramaturg i eseista Hermann Bahr pisał, że gdy pierwszy człowiek wybudził się ze snu, przeraził się chaosem natury - silnej, ekspansywnej, gotowej w każdej chwili wziąć go posiadanie i pożreć. Jej bezład go zatrważał i mieszał jego członki i zmysły: zwodził oczy i uszy, paraliżował ręce i nogi. Aby się ratować przed naturą, człowiek stworzył swój własny porządek: rządzący się własnymi regułami - rytmem, zgodnością cech stylistycznych, przewidywalną powtarzalnością form. Tak powstała sztuka (Hermann Bahr pisał o tym w swojej książce „Expressionism”, wydanej w 1914 roku).

Rówieśnik Bahra, hiszpański filozof i eseista José Ortega Y Gasset w swojej wydanej w 1930 r. książce "Bunt mas" ("La rebelión de las masas") przedstawiał wizję nadciągającej rebelii mas, która ma odróżnić naszą epokę od całej wcześniejszej historii. Dowodził, iż kultura była zawsze tworem mniejszości - elit. Jednakże, w rezultacie nagłego przyrostu naturalnego, którego doświadczyła Europa w okresie rewolucji przemysłowej (pomiędzy rokiem 1800 a 1914 liczba mieszkańców Europy wzrosła od 180 do 460 milionów), dotychczasowa proporcja pomiędzy elitami i masami uległa zaburzeniu. Jednocześnie, na skutek wzrostu dobrobytu i rozwojowi powszechnej edukacji, masy uzyskały większą samoświadomość i upomniały się o prawa do decydowania o losach świata. Tak powstała demokracja.

Przewaga liczebna mas jest tak duża, że przeciwstawienie się im jest nierealne. A jednak, ostrzega Y Gasset - przeciwnik demokracji, zjawisko to jest niepokojące, ponieważ "masa (...) pozostawiona sama sobie ma zawsze skłonność - z chęci życia - do niszczenia postaw własnej egzystencji" (Jose Ortega Y Gasset "Bunt mas", Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2002).

Jakiś czas temu rozpoczęłam pracę nad projektem artystycznym, który zatytułowałam "Miasto-dżungla". Dotyczy on fenomenu miasta, będącego opozycją do natury. Pisał o niej Bahr. Y Gasset również się do niej odniósł, pisząc o narodzinach pierwszych aglomeracji miejskich w kulturach greckiej i rzymskiej: "... Grecy i Rzymianie zdecydowali oddzielić się od wsi, od pól i lasów, zdecydowali się odejść od 'przyrody', od geobotanicznego kosmosu. Jak to jest możliwe? Jak może człowiek odejść od wsi? Dokąd pójdzie, skoro wieś, pola i lasy są nieskończone, skoro to one stanowią cały świat? To bardzo łatwe: trzeba po prostu wyznaczyć kawałek ziemi, otoczyć go murami i w ten sposób z całości nieskończonej i amorficznej przestrzeni wydzielić część zamkniętą i skończoną. Oto i plac. (...) Dzięki otaczającym go murom jest kawałkiem ziemi, który odwrócił się plecami do całej reszty, obywając się bez niej i przeciwstawiając się jej. Ten mały i zbuntowany kawałek ziemi, który oderwał się od nieskończonej przyrody i od niej się uniezależnił, jest zupełnie nowym typem przestrzeni sui generis, w której człowiek zrywa więzy łączące go z roślinami i zwierzętami, tworząc odrębny, czysto ludzki świat. Jest to przestrzeń miejska" (Jose Ortega Y Gasset "Bunt mas", Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2002).

Miasto, jako wytwór kultury, jest strukturą niestałą, nieustannie zagrożoną zanikiem. Powodów jego upadku może być wiele: katastrofy, zmiany ekonomiczne, klimatyczne, polityczne, wojny itp. Dzielnice dawnej zamożności podupadają. Wystawne wille, niegdyś należące do elit, straszą wybitymi szybami. Natura, pozbawiona kontrolującej ręki ogrodnika, wdziera się w każde dostępne miejsce. Zdziczałe żywopłoty tracą właściwą formę i skalę, wiatr nanosi nasiona leśnych drzew, które wyrastają następnie w nieprzewidzianych dla nich częściach ogrodów. Wszędobylskie bluszcze coraz gęściej oplatają i dławią mury, okna i drzwi. Obserwowałam te procesy w Lipsku i Kaliningradzie...

Tym razem jednak chcę mówić o zanikaniu tradycyjnego budynku kina...

Kino, jako specyficzny budynek użyteczności publicznej, musi zapewnić swoim klientom określone standardy: zaciemnienie, wygodny fotel, towarzystwo innych ludzi i wielki ekran projekcyjny. To są pewne cechy niezmienne, które stwarzają warunki do przyjęcia wyjątkowej postawy odbiorczej. Budynek kina, w formie, do jakiej się przyzwyczailiśmy, nie odbiega daleko wyglądem i sposobem organizowania przestrzeni od pierwszych budynków, pełniących tę role, jakie pojawiły się w historii. Przez cały wiek XX w architekturze kina zaszły niewielkie zmiany.

Pierwsze publiczne kino zostało otwarte przez Harry'ego Davisa i Johna P. Harrisa w Pittsburgu (stan Pensylwania) w 1905 r. Nazwano je Nickelodeon. W zamyśle właścicieli, kino miało się stać "teatrem dla ludu". Jego front pokryto płótnem jutowym, na którym wymalowano atrakcyjne symbole. W lobby kina wystawiono grający fonograf, by muzyka przyciągała publiczność. (Wkrótce jednak okoliczni sklepikarze sprzeciwili się tej praktyce, gdy okazało się, że klienci chętniej zachodzą oglądać filmy niż robić zakupy.) Kino było otwarte od ósmej rano do północy. Projekcje następowały jedna po drugiej. Stojący w sali projekcyjnej pracownik ogłaszał koniec filmu. Wtedy publiczność opuszczała fotele, a ich miejsce zajmowali następni chętni, stojący w kolejce pod drzwiami. Nickelodeon odniósł taki sukces kasowy, ze wkrótce Davis i Harris powołali do życia nowe, większe kino przy gmachu miejskiej opery, a następnie ilość kin w mieście wzrosła do 18.

Kino od początku, jak zresztą tego dowodzi ogromna popularność Nickelodeon, było miejscem przeznaczonym dla kultury masowej. Cechą charakterystyczną tej ostatniej jest standaryzacja treści, których zrozumienie nie wymaga specjalnego wysiłku intelektualnego. A jednak kinematografia drugiej połowy dwudziestego wieku - włoski neorealizm, filmy francuskie lat 60-tych, Bergman, Szulkin, polskie kino moralnego niepokoju - przyzwyczaiły nas do tego, że w kinie można też mówić o sprawach skomplikowanych i poważnych. Jednak, jak mówi Jurij Łotman, "utwór filmowy należy do frontu ideologicznego, do kultury i sztuki swej epoki. Związany jest więc z wieloma stronami życia pozafilmowego, a to wytwarza cały arsenał znaczeń, które dla historyka i człowieka współczesnego są czasem bardziej istotne niż aspekty czysto estetyczne" (Jurij Łotman „Semiotyka filmu”, Wiedza Powszechna, Warszawa 1983).

W Polsce „front ideologiczny” zmienił się zasadniczo po roku ’89. Cechą charakterystyczną obecnych czasów jest to, że produkcja filmowa odbywa się nie pod dyktando dorosłych lecz dzieci i nastolatków, ponieważ to w większości oni są nabywcami biletów do kina. Wraz ze zmianą rodzaju publiczności, podążają zmiany przestrzeni kina. Nie ma ona obecnie służyć kontemplacji czy poważnej refleksji. Chodzi raczej o masową imprezę rozrywkową, połączoną z konsumpcją. Taka rola kina odpowiada wymogom gospodarki rynkowej, której podporządkowuje się również zjawiska kultury. Jesteśmy więc świadkami, jak następuje radykalna zmiana w rozumieniu tego, czym ma być kino. Istniejące jeszcze gdzie niegdzie małe kina studyjne upadają z powodu swej nieopłacalności. W ich miejsce powstają multipleksy, w swoim designie będące czymś pośrednim pomiędzy cyrkiem a supermarketem i, gdy obecnie wybieramy się do kina, musimy się na taką estetykę zgodzić, niezależnie od tego, czy nam ona odpowiada, czy nie. Y Gasset już w 70 lat temu ostrzegał: "Dla chwili obecnej charakterystyczne jest to, ze umysły przeciętne i banalne, wiedząc o swej przeciętności i banalności, mają czelność domagać się prawa do bycia przeciętnymi i banalnymi i do narzucania tych cech wszystkim innym" (Jose Ortega Y Gasset "Bunt mas", Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2002).


Z drugiej strony, wyrafinowani esteci mają wyjście. Dzięki rozwojowi techniki, mogą sobie zorganizować tzw. kino domowe. Projektory filmowe i płyty DVD stały się przedmiotami codziennego użytku. Nie trzeba się fatygować do kina, by obejrzeć upragniony film. Można to zrobić we własnym fotelu, w towarzystwie ulubionego psa. Wtedy jednak musimy zapomnieć o tym, że jednym z podstawowych warunków kina było zbiorowe przeżycie oglądania ruchomego obrazu. Pozostanie więc kinematografia, podczas gdy kino jako budynek zaniknie. Gdy wszyscy zaopatrzymy się w sprzęt do odbioru kina domowego, w gdańskim kinie Bajka możemy zacząć hodować paprocie, a w kinie Znicz piec kiełbaski przy ognisku. Tylko pamiętajmy o jeszcze jednej przestrodze Y Gasseta: "Cywilizacja nie jest czymś zastanym, nie istnieje sama przez się. Jest tworem - a zatem wymaga istnienia twórcy czy rzemieślnika. Jeśli chce Pan korzystać z owoców cywilizacji, ale nie będzie Pan dbał o jej utrzymanie..., to bardzo się Pan rozczaruje! (...) Chwila nieuwagi, i kiedy się Pan rozejrzy wokół siebie, okaże się, ze wszystko uleciało! Zupełnie jakby ktoś zdarł tapety, które pokrywały Przyrodę, pojawi się nagle wokół Pana czysta i niczym nie zepsuta, prymitywna dzicz" (Jose Ortega Y Gasset "Bunt mas", Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2002).


poniedziałek, 20 sierpnia 2007
Wakacje z duchami


"Opowieść o duchach" by dr Jack Stanley Staniszewski

Tekst na zadany temat: "znikanie - efemeryczność - dizajn"

/osobista interpretacja/

"Znikanie - efemeryczność - dizajn" nie wydaje się tematem zbyt trudnym. Upraszczając - wszystko dokoła znika, bądź istnieje efemerycznie, a w ekstremalnych przypadkach przybiera postać przez innych nazywaną - nie wiadomo czemu - dizajnem. Znikanie... czasem się jeszcze mówi: "znikomie". Tj. prawie to samo co "znikanie". Takie "Coś", co w rozgrzanym powietrzu faluje, a jego obraz zdaje się być coraz bardziej znikomy. Wszyscy miłośnicy amerykańskich filmów widzieli to na pewno... kadr na tył samochodu (najlepiej cadillac), powoli oddalający się z pola ostrości obiektywu kamery w kierunku Arizony. Jeżeli już wiecie, o co chodzi, to pewnie zauważacie, że zarówno tył cadillaca jak i inne byty naszej obecności: człowiek, drzewo, dom - powiem więcej: rzeki - znikają w wibrującym i rozgrzanym powietrzu... zbudowanym w 80% z atawistycznej ochoty człowieka do niszczenia, w 10% z głupiej ciekawości, w 2% z przekonania, że to nie boli, w 1,5% w dalszym ciągu (pomimo swego wieku) ochoty na bajki o krainach i lądach, które już nie istnieją...
... i w końcu z dziwnego 0,5% mieszaniny bóg wie czego.

A jak takie "Coś" nie chce zniknąć, to przechodzi do frakcji, reprezentującej sektor "efemeryczność"... aby stać tam cicho jak w zamkniętej szafie... ciiii... nie drażniąc swoją obecnością nikogo...
proszę sobie wyobrazić takie "Coś" w swojej szafie bardzo efemeryczne... i znikome zarazem. Duch.
Powstają organizacje, będące "duchem miejsc", dbające o resztki tego, co po zniknięciu zostało.
Takie osoby (mówię o należących do tych organizacji) stanowią swego rodzaju obsługę "hospicjum" dla znikającego. Obserwują jego postępującą efemeryczność w całym tym zgiełku naszego postmodernistycznego świata.

(... polecam film "All that jazz")

Inne grupy osób stoją w tym czasie pod murami więzień, protestując przeciwko wykonaniu oficjalnego, legalnego, kolejnego zniknięcia. Te osoby do ostatnich minut, modląc się, oczekują łaski dla mającego zniknąć. Oczywiście akt łaski nigdy nie nadchodzi.
... co w efekcie daje później motywację do działań dla grup nazywających się "duchem miejsc".

Krajobraz, wysypany z literek tego tekstu, nie wydaje się być sympatyczny.

... ale... może...

Pragnę zauważyć, że słowo "sympatyczny" stworzone zostało przez... dizajnerów, próbujących pod tak lekką formą ukryć ciężar zaistniałych faktów.

j.s.