statystyka
architektura+dialog
poniedziałek, 12 maja 2008
pytania krystalografki


Natalia Knapp na tropie dialogiczności


Dużo tego, co chcę tu napisać. Pomyślane, przypomniane, nawiązane i jeszcze podstawowe. Nie wszystko rozumiem. Kiedy się nie rozumie, najlepiej jest stawiać pytania, w kontekście całej mapy myśli, która pojawiła się w myśleniu o... No właśnie - o czym? O dialogiczności miasta. O Dominiczaka teorii miasta.

To trudne, myślę sobie teraz. Teoria ma już swoją historię, swoje sukcesy... A ja tu o 'niezrozumieniach'... Ale "nie jestem specjalistą", to ten rodzaj odpowiedzi usprawiedliwiającej, która z jednej strony okrutnie ogranicza tych, którzy się nią przejmują, albo doprowadza do pasji i furii tych, którzy nie przyjmują do wiadomości usprawiedliwienia od nie-myślenia.

Rezygnuję z tej niedialogicznej postawy, a wierząc w Waszą organiczną dialogiczność, stawiam kilka pytań z nadzieją na szeroko rozumiany 'ruch'. Zobaczymy...

Umieszczenie architektury w obszarze filozoficznym jest niewątpliwie zabiegiem niezwykle odważnym. Więcej - analiza w kontekście Levinasowskiej dialogiczności jest tym bardziej 'sytuacją graniczną'. W martwą - wydawałoby się - przestrzeń budynków zostaje wprowadzony element żywej, 'ciepłej', zupełnie ludzkiej energii. W dialogicznym opisie przestrzeń ożywa. Duże albo małe, geometryczne albo i nie, brzydkie albo piękne, uporzadkowane albo rozsypane zupełnie przypadkowo wielościany zaczynają patrzeć, widzieć, przyciągać wzajmeną uwagę, prowadzić zupełnie intymne rozmowy o tym albo o tamtym. W końcu nawiazują relacje, czule dotykają, obejmują, pieszczą, całują, kochają. Lubię ten język. Lubię tę perspektywę. Znam ją. Lubię 'osobowość'. Od razu czuje się więcej. Od razu widzi się inaczej. Od razu mówi się inaczej. Bo dotyczy i dotyka, a zamknięty obszar trudnych konwersacji profesjonalistów staje się szeroko otwartym polem 'dialogicznej' wymiany. I wszystko dlatego, że w końcu ktoś zaczął gadać tak, jak się żyje. W dobrze znanym języku codziennych doświadczeń. Taki był Levinas i taki jest Dominiczak.

Ale kiedy Levinas mówi wprost, ciągle dla niektórych zbyt bezpośrednio, o i tak trudnej codziennej 'cielesności' (tożsamości) życia, Dominiczak nie tylko ożywia miasto, on przez przeniesienie ludzkich relacji na 'martwy' obszar miasta - pozwala nie tylko miastu żyć, pozwala nam grać. Grać w cielesność - emocjonalny flirt 'ludzkich' budynków. Jest więc Dominiczaka miejskość - w sposób jak mniemam nie do końca zamierzony - formą terapii z uwalniającą możliwością osobowo - zakrytego dialogu namacalności i czułości. To jednak nie zaskakuje. Levinas w swoim widzeniu i odczuwaniu świata mówi o tajmnicy niewyrażalności, o niemożności zupełnego odkrycia, ujawnienia, dając tym samym szansę dzialania temu, co 'wypowiadalne' nie jest. I więcej - niedopowiedzenie zdaje się być wg. niego warunkiem koniecznym wszelkiej relacyjności. Dominiczak robi to samo - daje miejskim budynkom szansę wzajemnej rozmowy, tylko dla nich zrozmiałej. Pozwala im snuć własną relację bez konieczności otwierania się na tych, którzy do niej nie przynależą. I tym wielopoziomowym, 'prywatnym' i osobistym relacjom miasta przypisuje odpowiedzialność za odczuwalną i przejmujacą lokalaność i atmosferę miejsca - ochotę bycia i wracania. Ale czy tylko?

1. Co w przypadku lokalności nieładnej, nieprzyjemnej, trudnej - równie mocno odczuwalnej?

2. Percepcja - kto ustanawia dialogiczność i czy w tym kontekście architektura jest rodzajem przedlużenia levinasowskiego języka? A jeśli nie, skąd założenie o wenętrzynym miejskim dialogu z zewnętrznej perspektywy? Kim jest ten, kto widzi - należy do miata - zna kod - zna relacje - czuje - współodczuwa - rozumie - doświadcza na wszystkich poziomach w sposób bezbłędny, bo pochodzi 'ze środka' i jest elementem struktury? Czy może jest zewnetrznym obserwatorem? Który 'włazi' w miasto i mimo swojego ludzkiego wymiaru, znajmości ludzkich zachowań - nie może - odczuwać lokalności, bo z niej nie pochodzi?

3. Czym więc jest lokalność i jaką skalę przyjmuje?

4. W spotkaniu pomiędzy 'dialogizującymi' pojawia się kategoria etyczna związana z odpowiedzialnością i niekrzywdzeniem. Jak więc w tym kontekście - raczej czysto platońskiej tożsamości etyki i estetyki rozumieć dialogiczność architektury? Jak 'nie-żywemu' dać prawo do dobra przez piękno?

Filozfia jest analizą. I stawia pytania. I tak długo jak nie przypisuje sobie prawa do zamknięcia świata w odpowiedziach pojedynczej teorii, ale synkretycznie godzi się na wieloelementowowść, jest wiarygodna. Ale jest tylko analizą - bez metodologii tworzenia. Teoria Dominiczaka zdaje się wyprowadzać z dialogiczności potencjal twórczy (I nawet jeśli Levinas pisze o 'płodzeniu', płynącym z dialogu, nie przenosi na to uwagi), dając szansę istnienia dialogicznej architektonicznej metodzie kreacji, wykraczającej daleko poza obszar metafizycznych doznań.

W związku z tym kolejne pytania:
Lokalność budowana jest przez deformację (odksztalecenie). Lokalna zmiana, będąca odstepstwem od 'obiektywnej' struktury, zawiera (koduje) ukrytą informację o istocie miejsca, a więc jego tożsamości.

1. Czy kodowanie w pamięci, o którym mowa, odnosi się do zgodności czy deformacji?

2. Tutaj nastepuje odkodowanie informacji ukrytej - tajemnica zostaje zdewoluuowana. Jaka metoda? W jaki sposób nieuchwytne zostaje odkryte? Czy 'obnażenie' miasta ideowo nie zakłóci jego dalszego rozwoju? Nie utraci nie-wyrażalnego?

3. Jak czytać deformację? Kto ją określa? Jakie normy obiektywne zostają wprowadzone do obiektywnej analizy danych architektonicznych? Skąd zdolność do prawidłowego odczytania deformacji dla obeserwatora zewnętrzengo?

4. Czym jest (jeśli jest) deformacja negtywna? Czy metoda sprawdza się tylko w przypadku jakości 'pozytywnych'?

5. Na czym polega gestaltowska identyfikacja? Jak odwrócić percepcję? Jak ustanowić relację Ja - Ty z miejscem dla architekta niekoniecznie 'oswojonym' i a priori bezoosobowym? Jak wprowadzić swiadomość do relacji Ja - To? Jak w końcu zadbać o ciągłość procesu tworzenia i świadomego rozpoznawania ciągłych narastających deformacji, przy założeniu 'żywego' i ewoluujacego charakteru miasta?

6. Przychodzi mi do głowy jeszcze bardziej pogmatwana kwestia - gdzie rodzi się dialogiczność? Pisze bowiem Dominiczak o dialogu miejskich fasad, o pięknie współistnienia w fizycznej bliskości - kim jest więc ten, który wchodzi w te relacje? Odnosi się wrażenie, że teoria miejska zakłada nalożenie kilku dialogicznych wątków, co niewątpliwie rodzi pokusę subiektywności i nieuzgadnialności. Levinasa spotkanie było niewątpliwie relacją dwojga, z obecnością 'zewnętrznego oka'. Jaką więc strukturę ma rozmowa miejska z perspektywy obserwatora/uczestnika spotkania?

7.Czym jest w tym kontekście "dialogiczna geometria" mentalnej mapy miasta? Jakie zasady rządzą dialogiem w geometrii? Na czym polega "porządek" dialogu?

8. I w tej perspektywie znaczenie deformacji wydaje się być niedookreślone - jest deformacja zaburzeniem geometrii? Porządku przestrzennego? (jeśli tak, czym jest to, do czego się odnosi?) Czy może "punktowym" brakiem albo nadmiarem, który ma bardziej charakter odksztalcenia "niedynamicznego" (nazwijmy to statycznym odksztaleceniem, niewłaściwą substytucją, albo defektem punktowym - jakkolwiek "lokalnie").

9. Jak działa, ustala się zgodność między "architektonicznym" dialogiem z tożsamością miejsca, a potrzebą tych, którzy tam mieszkają - jeśli uwzględnimy przypadek negatywny?
Czy ktoś tego probówał? Czy wewnętrzna spójność, opracowana i wynikająca z metody, otworzyła możliwość dialogu z tymi, którzy być może niekoniecznie widzą (czują) taką samą potrzebę? Innymi słowy - czy ma metoda siłę perswazji?

10. Jaki jest język relacji "dialogicznej" - czy ma tylko siłę czysto estetcznej 'rozmowy' wewnętrznego życia miasta? Czym jest nasz głos?

Ja naprawdę lubię ten dialog. On się da intuicyjnie odczuwać i na tym poziomie jest przekonujący. A w tych wszytskich wątpliwościach zabiegam tylko o zrozumienie wewnętrznej spójności i poznanie tego, czego krystalografka po prostu może nie wiedzieć.


Natalia Knapp

23:15, strukturapozioma , teksty
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 kwietnia 2008
stąd, gdzie już nie ma nocy...


...o porządku, symetrii i niedoskonałości
dla struktury pisze badaczka kryształów Natalia Knapp:


Im dłużej zajmuję się porządkiem, tym bardziej dostrzegam, że to rodzaj kategorii podstawowej. Bo czym jest szukanie spójności wizji? Czym jest widzenie harmonii? Czym jest auto - rozumienie? Odstępstwo jest tym, co utrudnia, bo zaburza. Ale tylko błąd podtrzymuje pragnienie ciągłego widzenia. I nie bez znaczenia pozostaje odległość między patrzącym, a obiektem. Czasem najbardziej przypadkowy zlepek kawałków zmienia zupelnie znaczenie, jeśli się od niego nieco oddalić.

Nieporządek jest warunkiem widzenia porządku i właściwie niedoskonałość jest jedyną szansą widzenia doskonałości. I jest jedyną możliwością ciągłego ruchu. I to, że sam porządek to kategoria czysto probabilistyczna, też jakoś mnie nie przejmuje. Bo zupełnie łatwo przychodzi mi założyć, że mój porządek niekoniecznie jest porządkiem mojego sąsiada, co nie zmienia faktu, że obydwoje się w nim odnajdujemy. "Go" odnajdujemy. Bo - mimo, że inne ułożenie w niekończącym się systemie - język taki sam (i co by było, gdyby się tak "skończyć"?! Ja nie lubię absolutnych dookreśleń - więc mimo, że nieskończność to niedoskonałość a prori - wolę czuć ten wiatr w głowie). Albo 1, albo 0, albo jeszcze cała różnokolorowa skala pomiędzy.

Ale symetria jest szczególnym przejawem porządku. Wyrafinowna zmienność w czasie i przestrzeni (a może czasu i przestrzeni?), oparta na szukaniu niezmienności. Różnej niezmienności.

Kiedy patrzę w moje kryształy i definiuję porządek - zawsze mam wrażenie, że to jest bardzo personalne widzenie i tak "inaczej-trudno-widzianej" rzeczywistości. I nawet jeśli znajduję konkretne elementy symetrii, definuję je przez "brak". A potem dopiero odkrywa się cała gama powtarzalności, i kolejna, i następna, i tak do końca. Do końca? Określam poprawność symetrii, widzę zgodność, widzą inni. Ale zdarza się, że inni widzą lepszy "brak" niż ja. I wtedy definiują lepiej, choć symetria z reguły się "psuje". My to nazywamy "obniżeniem symetrii". To ciekawe, że zawsze chcemy widzieć bardziej symetryczne - być może dlatego, że definicja piękna oparta na symetrii zakłada idealną równowagę... Ale proces też jest ważny - żeby się przypadkiem nie pomylić - zaczynam od rozwiązań prawie asymetrycznych. To trochę jakby się bać, że będzie za dobrze.

Ale najciekawiej jest wtedy, kiedy porządki się nakładają... I w dużych symetriach odkrywa się małe, takie lokalne, tak naprawdę jeszcze ciągle nie wiadmo dlaczego się je widzi... Porządek lokalny lubię najbardziej.

I jest jeszcze czasem tak, że w całej nieuporzadkowanej masie pojawia się nagle ulubiony heksagonalny układ - taki, kiedy jedną kulkę otoczymy kolejnymi sześcioma - jak w płatkach śniegu... I pojawia się tylko raz. I nigdzie dalej. I czasem nigdy więcej. Takie wrażenia pamięta się najbardziej.

Ale porządek lubi zmienność. Choć charakter zmian nie może dokonywać się przypadkowo - ścieżki są jasno określone. Konkretna zmiana okoliczności wywołuje jednoznaczne konsekwencje. (Prawdopodobieństwo określone jest wartością błędów - i to jest mój ulubiony rozdział w teorii przyczynowo-skutkowej. Bo czasem, w całej misterninie ułożonej konstrukcji elementów, okazuje się, że błąd jest za duży, żeby cokolwiek przewidzieć. Co wtedy? Albo tak, albo nie, albo jeszcze inaczej. Wtedy się "ryzykuje" - niektórzy nazywają to przypadkowością, inni - porządkiem innego wymiaru...) Choć zakresy zmienności mogą być bardzo różne. I czasem tylko subtelna zmiana temperatury emocji, ciśnienia myśli i stężenia wydarzeń - zupełnie transformuje rzeczywistość. Ale czasem trzeba temperatury pieca martenowskiego i ciśnienia dna oceaniczego, żeby zobaczyć upragnioną strukturę...

A potem już tylko czysta termodynamika wymiany - czyli tak, żeby energia ciągle była zachowana...

I nie zawsze stabilizacja to jedynie minimum energetyczne. Struktura niektórych kryształów istnieje tylko dzięki dużej ilości "niedoskonałości" - inaczej się nie da.


Natalia Knapp

09:31, strukturapozioma , teksty
Link Komentarze (2) »
niedziela, 23 grudnia 2007
opowieści berlińskiej część ostatnia

a jednak! Jacek Staniszewski dopisał koniec do swojej berlińskiej opowieści..

do poczytania poniżej wklejamy to, co przesłał:



ha..ha..ha..to ja wam wciskam kartkę zamiast pięknej opowieści wigilijnej.!.

No więc usiądźcie wygodnie w fotelach przy płonących kominkach trzymając kubek gorącego wina w swoich dłoniach zamieńcie się w słuch...a swoją drogą ciekawe jak taka zamiana może wyglądać..hm

Początek tej mrożącej dłonie opowieści wigilijnej...po przybyciu jak wcześniej wyznałem naszej trójki do berlina udaliśmy się pod jedyny zdobyty adres a raczej otrzymany adres pewnego gościa o imieniu Jurek, który to odwiedził rok wcześnie moją wystawę w PGS, na której działy się cuda: grałem na gitarze...pokazywałem obiekty z papier mache..pobierałem nielegalną opłatę /nie mylić z opłatkiem/...no więc niejaki Jurek aus Berlin był tak zauroczony owym show, że obdarował mnie swoim adresem berlińskim wypowiadając przy tym magiczne słowa "jeśli kiedykolwiek dotrzesz do berlina odwiedź mnie".. ha...a więc idziemy...podjechaliśmy na stację Gneisenaustrasse by w chwilę później dotrzeć do typowo berlińskiej kamienicy. Przekroczyliśmy bramę. Dzwonimy pod wskazany numer. Otworzyła nam wtedy dziewczyna o kruczo-punkowych włosach Lidia>siostra Jurka. W skrócie potem zostaliśmy tam na kilka miesięcy. Krzysiek Visconti i Lidia zostali parą z której to wyrósł niejaki Bruno niedawno przyłapany przez berlińską policję na nielegalnym malowaniu graffitti.

...tak więc o czym ja to mówiłem...aha...święta..

Nadeszły święta. Pozwolono nam zamieszkać pod nieobecność przyjaciół Lidki i Jurka (pary francuzów, którzy wyjechali na święta do Francyji) piętro niżej w bardzo fajny lokum, którego ozdobą była ciekawa antresola w jednym z pokoi. Wigilia na zachodzie była dla nas superfrajdą..dużo działo się dookoła...ale jeden jedyny motyw był bardzo znamienny dla tamtej wigilii. Kamienica, w której mieszkaliśmy posiadała tzw. wewnętrzny dziedziniec-podwórko. Wszyscy lokatorzy chcąc niechcąc zaglądali sobie vis a vis do okien. Pewnego dnia zorientowaliśmy się, że lokator na drugim piętrze po przeciwnej stronie podwórka ma bardzo dużą półkę wypełnioną filmami video. W trakcie pobytu uwierzyliśmy, że przyjaźń polsko-niemiecka jest możliwa i aby to sprawdzić wysłaliśmy Lidkę do sąsiada aby wypożyczyła coś ciekawego na wigilię /w ramach nadrabiania zaległości filmowych/. Siedzimy w oknie obserwując jak Lidka wychodzi na podwórko...udaje się do przeciwległej klatki schodowej...idzie po schodach...pierwsze piętro...drugie...dochodzi pewnie do drzwi...pewnie dzwoni ponieważ przez całe mieszkanie w stronę drzwi idzie jakiś pan...nie widzimy co się dzieje...ale pewnie trwa rozmowa ...w pewnej chwili Lidka wraca po schodach w dół...a ów pan zaczyna zaciągać zasłony we wszystkich oknach..haha..cała ta scenka jak w filmie Hitchcoka trwała jakieś pięć minut...no cóż na osłodę udaliśmy się do wypożyczalni i tam wybraliśmy film bynajmniej nie wigilijny "120 dni sodomy i gomory" Pasoliniego...który to później nie dając rady obejrzeliśmy na przewijanym podglądzie ulegając czarowi świąt lekko alkoholizując się i imprezując wigilijnie. W każdym razie wigilia tak się udała że trzeba było później przed powrotem właścicieli dość gruntownie posprzątać zwłaszcza podłogę > niechcący i z niewiedzy usuwając wosk..tak tak podłoga była woskowana.


to koniec tej opowieści...wszystkiego dobrego z okazji świąt...jacek


19:41, strukturapozioma , teksty
Link Komentarze (3) »
sobota, 10 listopada 2007
opowieść berlińska cz.3

Berliner Banhoff czyli wędrówki po miejscach punkowych... parki... stacje metra... mur... małe koncerty... i płyty winylowe........... berlińska myśl 1986/7. 

część 3.

tekst: Jacek Staniszewski

cd. wschodni...


trochę czasu minęło... jak do tego doszło?... może zaraz a może chwilę później kiedy wyszliśmy z dworca sam już nie wiem jak to było..zdarzył się przedziwny wypadek...młoda niemka pytana o coś tam okazała się na tyle sympatyczna, że w chwilę później zaprosiła nas do siebie jak to się mówi na chatę. Mieszkała ze swoim boy-friendem. Mając kasę z Viscontim i Klaudią zrobiliśmy gigantyczne zakupy jedzeniowo-alkoholowe....suma 100 marek na każdego z nas stała się w pewnym momencie niemożliwa do wydania i żeby naprawdę tego dokonać nabyliśmy najdroższe butelki whiski czy czegośtam...well...w każdym razie trochę zobaczyliśmy okolice fridrichsztrase by później pichcić wspólnie obiad popijając różnej maści drinki..a kiedy nadszedł wieczór byliśmy w mocno imprezowym nastroju dając dowód, że przyjaźń niemiecko-polska mocno nadwyrężona pomiędzy 39 a 45 jednak jest możliwa - spontaniczność międzynarodowa w wyniku której zalegliśmy wszyscy na noc w owym mieszkanku...Poranek po raucie był trudny i zanim po długich pożegnaniach, obiecankach na jakąś wspólną ewentualną przyszłość dowlekliśmy się do przejścia granicznego było grubo po południu. Nie będę ukrywać > z lękiem stwierdziliśmy fakt przekroczenia przysługujących nam 24 godzin...paranoja zaprawdy...ci co nie znają tego to niech wiedzą > tranzyt przez NRD maksymalnie wynosił dobę...tak samo zachodni mogli odwiedzać wschodnich też na limit 24 h.....posłuchajcie D.Bowie „Heroes” „..we can be Heroes just for one day”. W każdym razie stoimy na dworcu fridrichsztrase z bałaganem w głowie bynajmniej nie jako herosi...chociaż kto wie...zależy jak na to spojrzeć...Przejscie to kilka szerokich torów kończących się bramka-budką. Jeden tor dla turystów..tranzytowych i zachodnich...reszta dla miejscowych...dość przygębiający widok..enerdowscy emeryci w długich kolejkach oczekują na przejście...w naszej pusto. Udało się....przedłużenie pobytu nie było problemem....przepychamy się z bagażami przez wąskie drzwi...potem korytarz....schodami w dół...drzwi...znowu schody i wychodzimy na peron po stronie zachodniej...wooow...szok...sajensfikszyn..peron estetycznie obklejony kafelkami...czysto...wjeżdża kolejka metra...żółta...jak z kosmosu...

ha! więc jesteśmy w innym świecie...tak to wygląda

 

c.d.n.

19:16, strukturapozioma , teksty
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 listopada 2007
opowieśc berlińska cz.2

Berliner Banhoff czyli wędrówki po miejscach punkowych... parki... stacje metra... mur... małe koncerty... i płyty winylowe........... berlińska myśl 1986/7. 

część 2.

tekst: Jacek Staniszewski

cd. Pociag Przemytników...

siedzimy w swoim przedziale...ktoś kto pamięta lata osiemdziesiąte wie o co chodzi...ciasno jakoś...słabieńka żarówka u góry ćmi zółtym światłem.. wszystko ledwie jak przez gęste powietrze widać. Paniusie, kolesie, panowiei, my. Plecaki na waskiej półeczce...trzeba strugać głupka przez kilka godzin. Ruszamy... pasażerowie Tytanica z sycylii do ameryki. Jedziemy > nic się nie dzieje...stan podróżnej hibernacji...sprawdzano już bilety...noc...ciemno...przed granicą mamy stanąć w szczecinie a raczej na stacji szczecin gumienice...well....przed samą granicą nagle robi się jakoś nerwowo...ludziska okazuje się jadą na handel i mają pełno towaru...papierosy...spodnie dzinsowe...hm...sery...twarogi..kryształy ( potem już w berlinie jak poszedłem na flumark to okazało się, że te kryształy tam lądują i jest ich tyle że nie schodzą)...w każdym razie gdy okazało się że my „turystycznie” padły propozycje. aby ulżyć trochę w szmuglu i przejąć na tę chwilę grrranicy nieznaczne ilości dóbr. Resztę zaczęto upychać w kaloryferze...za oparciami...jarmuch...w każdym razie gdy dojechaliśmy na granicę i pociąg z piskiem rozdzierając nocną ciszę staną ....łw przedziale zapanowała gotycka atmosfera jak w czyśćcu...spinka...dzieńdobry paszporty...czy macie.. bla bla bla ...każdy wydaje dokument...prośba aby wyjść na korytarz...nadchodzą wojskowi z celnikami...hehe...i dalej sprawdzać czy co pod ławką...rozkręcają pokrywy do kaloryferów...klosz lampy... nikt się nie przyznał do rzeczy znalezionych i w chwilę później wtoczyliśmy się powoli jak w filmie o rozpętaniu II w.św. na teren Germanii...Wszyscy odżyli, wyjeli termosy..jaja..na twardo...kotlety... wesoła konsumpcja...tak...

...a potem czyli niecałe dwie godziny później wszyscy zostali obudzeni, że: ”...dojeżdżamy do Berlina...Wschodniego.”..nono


Tłok w korytarzyku do wyjścia...jesteśmy na peronie „fridrichsztrase”.

Duża wysoka szklana hala...szarawo...na rampach wzdłuż scian wysoko w równych od siebie odległościach żołnierze z karabinami ...zupełnie jak w filmach. Wysiadamy ... widnawo....do przekroczenia granicy z Berlinem zachodnim mamy 24 godziny...możemy od razu tam sobie pójść...ale po co się spieszyć ...mamy przecież kasę wschodnią...i okazuję się, że to jest naprawdę sporo.

 

c.d.n.

22:17, strukturapozioma , teksty
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 05 listopada 2007
wstęp do opowieści

Berliner Banhoff czyli wędrówki po miejscach punkowych... parki... stacje metra... mur... małe koncerty... i płyty winylowe........... berlińska myśl 1986/7. 

cz.1

tekst: Jacek Staniszewski


hm...berlin


1986 rok...trójmiasto...jestem po ważniejszych wystawach sztuki lat 80tych w tym kraju:"ekspresja lat 80-tych" w sopocie i "realizm radykalny i abstrakcja konkretna" w muzeum narodowym w warszawie...oraz mojej własnej prywatnej "dread objects" w sopocie BWA ...w zasadzie nic się zaraz po nich nie wydarzyło...tak jak w westernach przeleciał kłębek wysuszonych krzaków gnany wiatrem i już po nim..Jesień...wynajmuję dwupokojowy apartament w falowcu na przymorzu...windy dwie: jedna dla ludzi, druga towarowa też dla ludzi...po wejściu trzeba zaciągnąć kratę...trzęsie się i cała brudna...każde piętro z długim zewnętrznym balkonem jak betonowe koryto, z którego wchodzi się do mieszkań. Mieszkanie nawet fajne... wtedy każde mieszkanie wydawało się nawet fajne...ściany pomalowałem...zmieniłem kolor z kanarkowych na białe...swoista malarska deratyzacja...w przedpokoju szafka duża wbudowana w ścianę...spokojnie można by w niej zrobić kameralną imprezę....ale po co skoro w pokojach jest więcej miejsca...prawie nikt nie przychodzi...ukrywam się...jak z „Lokatora” Polańskiego...czasem jeżdżę do mamy do gdyni na obiady...na dole pod falowcem SuperSam...kiedyś wpadł do mnie kumpel i przyprowadził z sobą dwie francuski...śmiały się że SuperSam kojarzy się im z super samcem...maczo w pozie kulturystycznej...niezły pomysł...sieć sklepów o dominacji samczej...wiatry szaleją mimo początku października > jak na syberii...taki wiatr między falowcami osiąga siłę i prędkość. Nie ma nic do roboty...czasem gram rege z kolegami z orłowa...a czasem panka w zajezdni tramwajowej we wrzeszczu..nic wielkiego...ostało się jedno amatorskie nagranie z tego mieszkania, które zrealizowałem sam ze sobą...wery romantik..taśmę w kasecie kilka razy wkręciło więc w trakcie słuchania powstają efekty psychodelicznego odwracania dźwięku. Wpadł do mnie kolega Krzysiek Visconti. poznaliśmy się w sopocie w związku teatrem schizofreników Mirka Judkowiaka, w którym to teatrze niejaki Leon grał...a raczej leżał nago a jego friendem właśnie Krzysiek. Leon leżał na spektaklu w betonowym BWA a zima była tego roku sroga...mróz ,w trakcie którego leżenie artystyczne wymaga nielichego artyzmu. Krzysiek i ja nie mając wiele do roboty spędzaliśmy później całe dnie na terenie mojej ekspozycji figur z papiermasze "dread objects". ...wystawa była wtedy obliczona na prawie 3 tygodnie.. szmat czasu...wtedy 1986 raczej nikt nie chodził na wystawy...chyba że szurnięta młodzież...polaków doginała rzeczywistość....po wernisażu z graniem i piciem piwa nastał czas nudy...siedząc jak w "Rejsie" i obserwując przechodzących ulicą ludzi omijających proste bezpośrednie wejście na wystawę . szerokie szklane drzwi jak do sklepu ...pojawił się pomysł aby za pomocą mikrofonu-wzmacniacza i głośnika na zewnątrz będąc niewidocznym gadać do nich zachęcając albo strofując, że jeszcze nie weszli...zadziałało...SUKCES..wow..tłuuuuumy....idąc za ciosem po godzinie wprowadziliśmy z Krzyśkiem nielegalną opłatę...5zł...jeśli ktoś ociągał się albo wszedł na wystawę niepłacąc wtedy z głośnika szło.." informujemy, że na terenie wystawy są trzej żołnierze, którzy oglądają za darmo.....itd" skutkowało... wieczorem po zamknięciu wystawy mieliśmy ful kasy w drobnych monetach. Obok galerii był salon gier automatycznych właśnie na takie drobne monety... opanowałem do perfekcji grę ,w której jako mały cyber spikslowany statek kosmiczny chodzący raz w lewo bądź prawo aby przeżyć musiałem strzelać do całych armad równie cyber pikslowych wrogich rakiet, które aby mnie unicestwić obniżały się coraz niżej i niże i niżej..dochodziłem do 14-tego etapu...co budziło szacunek u innych graczy na ogół w wieku 10 lat.

Spotykając ich czasem na ulicy gdzieś w mieście wymieniając zdawkowe cześć widziałem w ich oczach coś na kształt podziwu jak obcowanie z istotą poza ziemską..wybornie. Za to co po graniu zostało kupujemy z Viscontim w barze Elita na podjeździe przy dworcu obiad:...kotlety...ziemniaki...kapusty...barszcze...pierogi. Specjalnością baru są właściwie właściciele i barmani zarazem - bracia bliżniaki...sumiaści z czarnym wąsem... przed nalaniem zamówionego napoju obojętne czy alk czy kola podrzucają wysoko butelkę...salto mortale...kiedy dramatycznie obniża swój lot ...w ostatniej chwili łapana jest lewą dłonią, a wtedy prawa zrywa kapsel i tryumfalnie napój trafiał do szklanki...istny Hrabal

1986...rok....wczesna jesień ...postanawiamy pojechać za granicę...do francyji...na zbieranie winogron...ciepło, egzotyczne i jeszcze będą nam płacić...chce jechać z nami też Klaudia...malarka. Załatwiam paszport...mieszkałem w gdyni dwadzieścia parę lat i znam budynki w całym śródmieściu. Ten Milicji mieści się przy placu kaszubskim wizawi dawnej marynarskiej speluny ”pod dębem”...na milicji szaro i buro...kolejka oczekujących długa...wszyscy milczą...Mam go... muszę mieć kasę zagraniczną...w banku na paszport wykupuję astronomiczną sumę 10 marek zachodnich i 100 marek wschodnich...jako, że tranzyt przez berlin...po wizy jedziemy do warszawy...tam stojąc w mega krajowej kolejce rechoczemy poddawani agitacji prozachodniej...wizy są..JEDZIEMY.. w trójmieście zimno...nie ma czego żałować...kupujemy bilety na dworcu w gdyni w kasie międzynarodowej...średnio ludzi ...jak jadą to na handel. Pociąg jest późnym wieczorem. Nastawiliśmy się i nic tego nie zmieni...wsiadamy...znajdujemy swój przedział...pociąg rusza..

c.d.n.

18:14, strukturapozioma , teksty
Link Komentarze (1) »
sobota, 25 sierpnia 2007
el clot. spacer po śladzie


Flaneur, Flaneuse*– te słowa głęboko zapadły we mnie, kiedy zetknęłam się z nimi w czasie spotkań ar+di. Były niczym długo poszukiwane określenie czegoś dotąd nieokreślonego, a bardzo bliskiego, odczuwanego podskórnie. Niczym Flaneuse właśnie postanowiłam odbyć swoją kolejną podróż. Tym razem na południe. Znowu na południe.

Przygotowania do tej podróży prowadziłam bardziej świadomie, niż do wcześniejszych. Głównie dzięki odkryciu satelitarnej mapy google.earth, która stała się moim podstawowym źródłem badawczym w odniesieniu do przestrzeni miejsca, które zamierzałam odwiedzić: Barcelony. Oglądana w ten sposób stała się w zetknięciu „na żywo” jakby bardziej znajoma. Mapa, którą miałam zakodowaną w głowie, sprawdziła się w roli swoistego lokalizatora GPS... Pozwalała poczuć się swobodniej w nieznanym dotąd mieście, ale przede wszystkim nieustannie „informowała” o geometrycznych dwuwymiarowych relacjach przestrzeni, w jakiej się znajdowałam. Jechałam do Barcelony, żeby odkryć jej trzeci wymiar, niemożliwy na płaskiej mapie. Jechałam też po to, żeby rozwikłać pewna zagadkę, która pojawiła się na etapie przygotowań do spotkania z tym miastem. Zagadka kryła się w planie Barcelony, znanej ze swojej regularności obejmującej znaczną część miasta.

Ta nowoczesna, prostokątna, idealna siatka XIX-wiecznego planu Cerdy styka się z, pozornie pozbawionymi regularności, najstarszymi częściami miasta: Barri Gotic czy La Ribera, które nie bez powodu przyciągają niczym magnes. Powód widać już na planie miasta. Wąskie wijące się uliczki, oparte na indywidualnych zdeformowanych układach, zapowiadają interesujące doznania miejskiej Flaneuse. W zetknięciu z realną przestrzenią wysokich kamienic, bliskości fasad, niemalże fizycznie dotyka się południowego stylu życia, który tam dostępny jest prawie na wyciągnięcie ręki, a jednak oddzielony, skryty za fasadami, zza których, przez otwarte portfenetry dobiegają jedynie dźwięki i zapachy domowych czynności...


(kliknij, aby powiększyć)

Największym zaskoczeniem moich przygotowań do podróży było odkrycie pewnej nieregularności w Eixemple – owej zagadki, która stała się kluczowym celem mojej podróży. Złapana kątem oka, ulica o odmiennym kierunku zapoczątkowała szereg dalszych poszukiwań, a w ich następstwie odkrycie El Clot.

W północno-wschodniej części miasta regularny plan Cerdy ulega niewielkiej deformacji. Wprowadza ją jedna ulica: Passatge Vilaret, która okazuje się być łącznikiem El Clot – dawnej osady pod Barceloną – z nowoczesnym układem urbanistycznym. Siatka tego miejsca oparta jest na własnej, odmiennej geometrii. Jednak styk obu tych siatek jest bardzo płynny, harmonijny. Przenikają się na planie, szanując swoją obecność, pozostawiając sobie nawzajem przestrzeń zaistnienia i ślady obecności.

O El Clot nie piszą przewodniki. Ta osada obecna na planach sprzed XIX w., sięgająca owym śladem prawie do centrum Eixemple, pozbawiona jest turystycznych atrakcji. Dla mnie stała się kwintesencją podróży, odkryciem rzeczywistego dialogu, nie tylko w układzie urbanistycznym. Chciałam sprawdzić czy ów dialog przenosi się na inne płaszczyzny, czy jest obecny w architekturze. Chciałam też sprawdzić czy to miejsce zachowało swoją odmienność, mimo iż pozornie zostało wchłonięte przez regularny plan Eixemple. Czy będzie miało swoją unikalną atmosferę? Czy związki z Eixemple będą czytelne z poziomu człowieka? - jechałam z listą pytań, na które miałam dopiero znaleźć odpowiedź.

Wędrówkę rozpoczęłam w północnej części tej dzielnicy. Idąc po styku siatki El Clot z Eixemple obeszłam ją dookoła, nie omieszkując zajrzeć w głąb. Miałam wrażenie zetknięcia z bardzo przyjaznym miejscem. El Clot przypominało mi swym „krajobrazem” kadry z meksykańskich miasteczek obecnych w sennych filmach, w których pozornie nic się nie dzieje. Niewysoka zabudowa, różnorodne, kolorowe fasady i skwery, na których starsi mieszkańcy karmią gołębie albo grają w warcaby. Co tu oglądać?? - mógłby zapytać spragniony atrakcji przechodzień.


(kliknij, aby powiększyć)

A jednak styki i ślady przenikania się tych dwóch odmiennych urbanistycznie obszarów są, w swoim trzecim wymiarze, różnorodne: od subtelnych po dramatyczne. Eixemple jednak nie dominuje nad starszym układem, a otacza go, obejmuje, pozwalając na bliskość. Nie odcina się, nie odwraca, udając, że to miejsce jest mniej ważne. Regularna siatka Cerdy w tym miejscu deformuje się, przyjmując układ osady El Clot, zaznaczając swoją obecność jedynie charakterystycznymi ścięciami narożników i przebiegiem głównych ulic. Pobliskie wnętrza kwartałów Eixemple na styku siatek przyjmują układ El Clot. Ta wymiana, swoisty dialog następuje na wielu płaszczyznach. Cerda, planując Eixemple, pozwolił istniejącym wcześniej planom zaznaczać obecność w nowej strukturze, a na jej skrajach, w miejscach największych deformacji, tworzyć skwery, place i placyki, miejsca publiczne, swego rodzaju fora spotkań dwóch odmiennych układów.

Na płaszczyźnie architektury dialog tych dzielnic wyraża się we wzajemnym oddaniu sobie przestrzeni na istnienie w skali właściwej danemu układowi. Pierzeje ulic, będących granicami lub śladami dawnego układu, po stronie El Clot są niskie, a po stronie Eixemple wysokie. Tworzą w ten sposób bardzo dynamiczny styk, wyraźną granicę, ale też przestrzeń dialogu. Najwyraźniej widać to specyficzne spotkanie w obrębie ulicy, która "zahaczyła" moje oko na google.earth: Passatge Vilaret. Ślad El Clot, będący wewnątrz urbanistycznej siatki Eixemple, przecinający regularny kwartał miejski, rozdziela go ewidentnie na części o odmiennych wysokościach zabudowy. Spotkania tych dwóch dzielnic odbywają się zatem na dwóch płaszczyznach: urbanistycznej i architektonicznej.


(kliknij, aby powiększyć)

El Clot jest integralną częścią Barcelony. Związki z nowym XIX-wiecznym układem są, dla uważnego obserwatora, bardzo czytelne w przestrzeni tej dzielnicy. El Clot posiada jednak swój odmienny charakter, szczególną atmosferę, klimat, który ją charakteryzuje, świadczy o jej wyjątkowości.

Mój spacer trwał dwie godziny. Zabrałam je hitom Barcelony. Nie żałuję. Polecam.

* „Wielka rozkosz dla prawdziwego flâneura i rozmiłowanego obserwatora: zamieszkać w mnogości, falowaniu, ruchu, w tym, co umyka, co jest nieskończone. Być poza domem, a przecież czuć się wszędzie u siebie; widzieć świat, być w środku świata i w ukryciu zarazem, takie są drobne przyjemności tych umysłów niezależnych, namiętnych, bezstronnych, które słowo tylko nieudolnie potrafi scharakteryzować. Obserwator — to książę, który wszędzie zachowuje incognito”. Charles Baudelaire

iwona cała



19:29, struktura_autor , teksty
Link Komentarze (2) »
czwartek, 23 sierpnia 2007
chińskie dialogi cz. 3 i ostatnia


Hong Kong - koniec i początek
tekst i foto: agnieszka qla majkowska

Hong Kong. To pierwsze miasto, miasto, w którym rozpoczęła się ta podróż. Ale Hong Kong to - jeszcze nie, albo już nie - Chiny.

Hong Kong jest wielopoziomowy, można po nim chodzić, nie schodząc na poziom zwykłej w innych miastach ulicy, można poruszać się tylko po piętrach, nie w parterach, szklanych wieżowców. Przywodzi mi to na myśl książkę Olgi Tokarczuk o Inannie, która żyła w mieście, gdzie na samej górze, najbliżej słońca mieszkali bogowie, a im niżej zjeżdżało się rozklekotaną windą, tym było zimniej i wilgotniej w pionowo ukształtowanym mieście. W Hong Kongu na ulicach pełno jest kobiet o rysach raczej tajskich niż chińskich, dużo turystów i europejskich kawiarni. Bardzo łatwo jest tu, zwłaszcza będąc na niezwykle długich, ruchomych schodach, przypominać sobie sceny z filmów Kar-Wai’a i wyobrażać sobie historie, dziejące się za oknami domów, które mijamy na wyciagnięcie ręki. Pojawia się we mnie pytanie – czy to, że Hong Kong wydaje się mi zrozumiały, że rozumiem jego przestrzenie, że swobodnie zaglądam w zaułki i zakamarki kamienic, nie jest spowodowane tym, że wypełniony jest nie tylko chińską kulturą? Czy nie jest to spowodowane jego wielokulturowością, jego „ostrożną” egzotyką – taką, w której biały turysta czuje się bezpiecznie i pewnie, bo jest w stanie odczytać znaki, napisy, przestrzenie, a jednocześnie ociera się, ale bardzo delikatnie, o zupełnie inną od znanej sobie kulturę.

Jednak Hong Kong to nie tylko sama wyspa. Można przepłynąć starym promem rzekę i znaleźć się w Kowloon’ ie, gdzie w jednym budynku znajduje się kilkanaście hoteli, pokoje mają cieniutkie okna przez które do szóstej rano słychać żyjące miasto – ludzi, oglądających teledyski na ulicznych telebimach i nieustannie robiących zakupy. Do hotelu wchodzi się przez sklep z telefonami komórkowymi, a w pokojach stoją termosy z gorącą wodą i zieloną herbatą w słoikach. To miasto to egzotyczna wersja każdej europejskiej stolicy, gdzie kultury mieszają się i naśladują . Niezwykle wąskie budynki pną się w górę, mieszcząc w sobie niezliczone ilości pokoików, kuchni, i ludzi, i historii. Hong Kong to miasto dla wszystkich – i tu zupełnie gubię się w swoich poszukiwaniach autentyczności.

(kliknij, aby powiększyć):


Od Hong Kongu zaczęła się moja podróż po Chinach, a właśnie w nim zakończę tę historię. Zakończę ją, wsiadając w Shanghaju do samolotu, z którego po 12 godzinach wysiadam na czystym, chłodnym i uporządkowanym lotnisku w Monachium. Po chwili wypolerowanymi sztućcami kroję żółty ser i bułkę, i spędzam kolejne12 godzin obserwując czyste samoloty, czyste korytarze, bez zapachu i hałasu. Mam czas na spowolnienie, na obudzenie się z chińskiego snu. Potem wygrzebuję klucze do domu z brudnej kieszeni i ze zdziwieniem oglądam z fotela zdjęcia z Chin – wydają się zupełnie inne od wizji tego miejsca sprzed pięciu tygodni....




koniec




18:27, struktura_autor , teksty
Link Komentarze (3) »
środa, 22 sierpnia 2007
chińskie dialogi cz. 2


Turystyczne raje
tekst i foto: agnieszka qla majkowska


Zastanawiające jest to, co dla Chińczyków staje się atrakcją turystyczną. Mogą oni zaledwie od kilku lat w miarę swobodnie podróżować po swoim kraju. I robią to, odwiedzają stare, zachowane miasta, świątynie (wszędzie i dla wszystkich wstęp jest płatny), jaskinie, które podświetlane kolorowymi światełkami tworzą spektakl, niezrozumiały dla mnie, a zachwycający chińskich turystów.

Jednym z miast, do których jeżdżą chińscy turyści było Pingyao – niewielkie miasteczko położone w okolicach Datong’u. To miasto z XIV wieku, otoczone murem, za którym zachowały się stare ulice i tradycyjny układ domów. Chińczycy przyjeżdżają tu autokarami i wykupują wycieczkę po miasteczku, która polega na objechaniu go w otwartym samochodziku, przykrytym jedynie z góry plandeką. Wspinają się na mury, nie spacerują po bocznych uliczkach – czyli tych, na których nie ma sklepów z pamiątkami. Ja chodziłam po nim na piechotę. Prostopadłe do siebie ulice ograniczone są, ciągnącymi się w nieskończoność, murami. To tradycyjne domy chińskie. Na ulicę nie wychodzi żadne okno, jest za to brama, za którą znajduje się dziedziniec. Nieśmiało zaglądając na te dziedzińce, miałam poczucie podglądania prywatnego życia. To niezwykłe, jak wewnętrzność domu jest tu ukryta. Zewnętrzność to tylko mur, wszystko to, co prywatne kryje się za nim i jest niewidoczne z zewnątrz. Trudno dostrzec tu deformacje, mury są niemal gładkie, dekorowane tylko subtelnymi rzeźbieniami, wizerunkami smoków.

Miasto – jako atrakcja turystyczna - staje się makietą, odwiedzaną przez turystów, którzy po kilkugodzinnej jeździe w samochodziku opuszczają je. Chińczycy oglądają w nim tylko to, co kolorowe i ładne. Dla mnie w Pingayo najbardziej pociągające było to co brudne, zakurzone i zwyczajne – to właśnie zwyczajność dawała mi odczucie prawdziwości i naturalności tego, co widzę. Czuć w tym mieście, jak zmiany ekonomiczne w Chinach wpływają na życie tamtejszych ludzi. Turystyczny charakter miasteczka doprowadzi niedługo do tego, że co drugi dom będzie hostelem, serwującym oprócz tradycyjnie chińskiego także zachodnie jedzenie, a pociągowe osiołki zostaną zastąpione samochodzikami z plandekami, bo nie będą już potrzebne.

(kliknij, aby powiększyć):




Specyficznym - na inny sposób - miastem było Chengdu. Tu spędziliśmy dość długi, w perspektywie całej podróży czas, aż tydzień. Powodem nie był nasz świadomy wybór, a brak mozliwości wykupienia biletu na pociąg. W Chinach cały czas są problemy z wolnymi miejscami w pociągach, na bilet czeka się tu często nawet dwa tygodnie.

Chengdu jest miastem, w którym toczy się miejskie życie, gdzie ludzie jeżdżą do pracy, starsi spędzają całe dnie w parkach grając w madżonga i popijając herbatę. Ulice są tu szerokie, budynki zmieniają skalę, ale w tym mieście znów patrzymy tylko na to, co na poziomie parteru. Każdy budynek w parterach ma coś, co przypomina garaże. Są to przestrzenie wypełnione sklepikami, piecze się w nich słodkie, ciągnące ciastka, sprzedaje się korzenie i lekarskie proszki, kupuje się warzywa w postaci różnego rodzaju zielonych liści. Zadziwiająca jest monotonia tego miasta. Przejawia się ona jednostajną szerokością ulic, płaskością fasad i nużącym nagromadzeniem każdego rodzaju produktów, sprzedawanych wszędzie tam, gdzie jest tylko kawałek przydatnej do tego przestrzeni.

W Chengdu jest również Dzielnica Tybetańska – której specyfika polega jedynie na tym, że sklepy „ze wszystkim” zastąpione są sklepami z tybetańską biżuterią, tkaninami i naczyniami. Tu ubrani w niesamowite czerwienie, żółcie i bordo mnisi zaopatrują się w młynki, ubrania , kadzidła i kielichy.

Ta dzielnica w pewien sposób urzeka, ale nie przestrzenią, a wypełnieniem jej tybetańskimi kolorami. Jej architektura nie różni się niczym od architektury innych ulic w Chengdu.

(kliknij, aby powiększyć):


     

Chengdu rozrasta się wokól. Buduje się tu ogromna ilość budynków mieszkalnych pogrupowanych w osiedla – ogrodzone płotem i wydaje się strzeżone, buduje się takie same jak w Szanghaju czy Pekinie wieżowce, jedne z nich stoją już ukończone, inne straszą żelbetową pustką.
To tak naprawdę dość przygnębiający krajobraz. Być może dlatego kolorowe jaskinie tak podobają się Chińczykom – w miastach bowiem nie ma innej jakości przestrzeni jak jej użyteczność. Są to miasta gdzie buduje się w większości nie najlepszej jakości architekturę, wyburza się wszystko to, co stare, brudne i kłopotliwe. To tu odczuwam ogromną skalę całego kraju, jakim są Chiny, ilość ludzi która w nich żyje, na skórze czuję pył – zanieczyszczenie powietrza w miastach to ogromny chiński problem. I to tu przypominam sobie Hong Kong.

cdn.



20:20, struktura_autor , teksty
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 sierpnia 2007
chińskie dialogi cz. 1

Prawda i zmyślenie
tekst i foto: agnieszka qla majkowska



Oswojeni ze środkami masowego przekazu, z telewizją, w której ilość programów podróżniczych jest prawie tak duża jak informacyjnych, mamy w naszych głowach zapamiętane obrazy. Obrazy miejsc, w których nie byliśmy w rzeczywistości, ale mamy wrażenie, że „wiemy” jak tam jest. Kiedy wyruszamy w podróż jesteśmy dzięki temu zaopatrzeni w wizję miejsca do którego wyruszamy. Jesteśmy także pełni oczekiwań i nadziei związanych z podróżą.
Zakładamy plecak, zamykamy drzwi od domu, a klucz chowamy głęboko w kieszeni, przecież nie będzie nam przez jakiś czas potrzebny. Potem, już w samolocie, włączamy w słuchawkach chińskie radio żeby już teraz poczuć trochę klimaty miejsca, do którego lecimy.
I nagle, z głową pełną jeszcze domowych historii, wysiadamy z autobusu w środku ruchliwego miasta. Nasze nadzieje na dobra kawę w hotelu i solidny posiłek nagle stają się nieosiągalne, bo wszystko, co dzieje się wokół, jest tak bardzo różne od naszych oczekiwań i wizji.

Tak zaczęła się nasza podróż po Chinach trwająca 5 tygodni. Przejechaliśmy przez Chiny zaczynając od Hong-Kongu poprzez południowy-wschód, prowincję Shanxii, Pekin, aż do Shanghaju, z którego wracaliśmy.
Niezwykle istotne jest dla mnie to, że nasza podróż zaczęła się i skończyła lotem, trwającym 12 godzin i „teleportującym” mnie do innej rzeczywistości. Stąd zapewne moje poczucie śnienia o Chinach, które trwa niezmiennie od powrotu. Nie opuszcza mnie wrażenie, że moje bycie tam, było tylko snem, w którym fabuła nie jest tak istotna jak obrazy, tych jednak nie jestem w stanie w pełni zrozumieć i właśnie o nich opowiem.


Moją historię zacznę w Szanghaju – to ostatnie miasto, które odkrywałam w Chinach. Jest bardzo specyficzne – to dawna kolonia europejska. Miasto, które pełne jest białych ludzi, europejskiej architektury i wychodzącego znienacka zza wilgotnych chmur słońca.

Moje oko, nauczone przez przestrzeń, w której żyję, geometrii, przyzwyczajone do skali ulic, placów i budynków, w Szanghaju poczuło się bardzo swojsko. To tu całe nabrzeże to dziedzictwo kulturowe architektury Art deco, dzielnica Koncesji Francuskiej pełna jest urokliwych willi, ogródków, które przypominają te, które pielęgnują moi sąsiedzi we Wrzeszczu.

Nie jest to jednak Europa – to Chiny, w których kuchnie znajdują się na frontach jadłodajni, gdzie okna zazwyczaj zasłonięte są gazetami i na pewno nie służą do kontemplacji zachodzącego słońca z kanapy w salonie. Zamieszkałe niegdyś przez właścicieli statków i biznesmenów, domy teraz są domami Chińczyków. Pranie suszy się na linkach, rozciągniętych pomiędzy dwoma jezdniami ruchliwej ulicy, w ogródkach wiszą klatki z ptakami, a każdy kawałek wolnej przestrzeni chodnika zaanektowany jest przez handlarzy sprzedających niemal wszystko. Niezwykłe wypełnienie przestrzeni, która wydaje się nam bardzo znajoma, kulturą która jest niezwykle inna, wzbudza refleksje nad pojęciami autentyczności, prawdziwości tego, co obserwujemy.

Szanghaj pełen jest kontrastów pomiędzy starą kolonialną architekturą, a nową, komercyjną architekturą chińską. Trudno właściwie nazwać nowe szanghajskie budynki chińskimi – są to szklane wieżowce powstające w miejscu brutalnie wyburzanych całych kwartałów miasta. W miejscu starej, gęstej zabudowy powstają szklane hybrydy. Hybrydy te są takie same jak w innych dużych miastach na świecie. Patrząc na nie, nie jestem w stanie wyobrazić sobie żadnych historii tych budynków, mój wzrok ślizga się po gładkim szkle – raz ciemno-niebieskim, raz seledynowym czy złotym. Jednak pomiędzy tymi hybrydami, ściśnięte i niskie tłoczą się zupełnie inne budynki - też hybrydy. Są to poskładane ze wszystkiego, co pod ręką, domki. To właśnie między nimi, na ulicach pełnych koszyków z gotującymi się na parze pierożkami tętni życie, Chińczycy rozmawiają, jedzą w pośpiechu albo drzemią na taboretach stojących na ulicy. Trudno jest sobie wyobrazić, co się stanie z ich trybem życia, gdy wszystkie miejskie kwartały będą błyszczeć i piąć się w górę nieludzkimi drapaczami chmur.

(kliknij, aby powiększyć):



Być może – tak jak w Pekinie – część z tych zatłoczonych, żywych kwartałów zostanie pozostawiona, by stać się atrakcją turystyczną. To w Pekinie właśnie, który z ogromną pompą przygotowuje się do olimpiady – tradycyjne dzielnice domków mieszkalnych – hutongów poddawane są zadziwiającej kosmetyce. Ulice nie mają w tej chwili swoich pierzei i fasad – tworzą je tymczasowe płoty, za którymi wyburza się stare budynki, by – i tu uwaga – wybudować identyczne, a jednak nowe, lśniące i świecące. Będą one doskonale udawać to co było tu wcześniej – jednak zamiast ludźmi i ich życiem, wypełnione zostaną sklepami – oczywiście najbardziej ekskluzywnych europejskich i amerykańskich marek.

Pekin jest inny od Szanghaju. To stolica państwa, w której w środku miasta istnieją właśnie udoskonalane hutongi, gdzie życie toczy się swoim własnym, jakby tradycyjnym rytmem – innym od biznesowego. Tu na uliczkach oplątanych zwojami kabli przyklejone są do siebie sklepiki, jadłodajnie i publiczne toalety, brak tu cały czas kanalizacji. W wąskich ulicach mijają się motorowery i taksówki, naganiacze sprzedający „dvd” i „roleksy”. Idąc tymi ulicami rozglądamy się wokół, każdy kolejny dom ma na parterze bądź to sklep bądź jadłodajnię. Fasady są tworzone przez szyldy z chińskimi napisami, a masa budynku jest jakby niewidoczna. Tylko zatrzymanie się na chwilę w bezpiecznym miejscu, tak by nie zostać potrąconym przez rowerzystę, pozwala na chwilę spojrzeć w górę gdzie pomiędzy kablami możemy dojrzeć zaciemnione okno, albo pokryty folią dach. Tu nie budynki są ważne, ale każdy kawałek przestrzeni, który można czymś wygrodzić by rozstawić sobie stragan i krzesło. Mam wrażenie, że architektura osiąga tu niewyobrażalnie wysoki stopień użyteczności – jest sklejana, domalowywana – zamyka tylko ludzki podział przestrzeni, chroni przed deszczem i słońcem, pozwala na upchniecie kraciastych toreb z towarem. Nie jest do niczego innego potrzebna, a jest przecież niezbędna. Nie ma być ładna, reprezentacyjna, nie ma spowalniać, ani przyspieszać, ma ochraniać i dzielić. To wszystko.

(kliknij, aby powiększyć):





To właśnie te przestrzenie Chińczycy uznali za atrakcyjne turystycznie, nie dla siebie, ale właśnie dla nas – dla turystów z Europy czy Ameryki. To tu pełno jest pamiątek z czasów rewolucji kulturalnej, to tu obok czerwonych książeczek Mao spokojnie leżą tradycyjne chińskie malutkie buciki, które nosiły kobiety, którym łamano stopy i charaktery, są tu też figurki i wisiorki z jadeitu i sklepy z herbatami, które każdy, kto odwiedził Chiny, przywozi do domu. Może ogarnąć nas tu wrażenie uczestniczenia w prawdziwym chińskim życiu miasta, jednak moim zdaniem, musimy mieć świadomość, że jest to tylko nasz obraz tego życia, a nasze uczestniczenie w nim polega na oglądaniu jego bardzo zewnętrznej warstwy – możemy próbować wyobrazić sobie tutaj historie chińskich rodzin, ale będzie to tylko nasze wyobrażenie – które nałoży się w nas z obrazami, przywiezionymi z domu – wydaje mi się - nie mające wiele wspólnego z autentycznością Chińczyków, z ich prawdziwym życiem.

cdn.



20:27, struktura_autor , teksty
Link Komentarze (4) »